Szorty Remiego cz.1 – VF-209S

Dzisiaj na portalu zupełnie coś nowego, Raven10 tym razem ma dla Was krótkie opowiadanie swojego autorstwa. Mamy gorące nadzieje, że poświęcicie odrobinę czasu, przeczytacie, no i skomentujecie. Musimy w końcu wiedzieć czy warto wrzucać częściej wypociny Remika.

Moje imię to VF-209S. Jeszcze parę lat temu nazywałem się inaczej. Pamiętam te chwile, teraz trochę jak przez mgłę. Istniałem wówczas, ale moje życie zaczęło się dopiero z chwilą wstąpienia do Akademii. Wcześniej pracowałem na farmie, jako najmłodszy z sześciorga rodzeństwa. Jeden z sześciorga, ale jeden z miliardów takich samych istot skazanych na dożywotnią harówkę. Skazanych bez wyroku, poprzez samo urodzenie. Od narodzin do śmierci na tej samej farmie. Od żniw do żniw. Od dzieciństwa do niechybnej starości. To jednak przeszłość. Nawet nie tęsknię. Cztery siostry i brata niemal wymazałem z pamięci. Nie rozpoznałbym ich twarzy.
22-TieFighter_a Teraz szeroki na dwa palce, czerwony pionowy pas przyozdabia lewą stronę mojego czarnego hełmu, dodając literę „S” do mojego identyfikatora. VF-209S, pilot specjalnej jednostki marynarki nazywanej Błyskami. Od sześciu lat w ciągłej służbie. Średnia długość życia pilota TIE-Fightera w czynnej służbie to sześć miesięcy.

Ponad pięćset godzin wylatanych bojowo na TIE-Interpceptorze, później przeszło setka na TIE-Defenderach. Obecnie pilot tajnego projektu „Widmo”. Jeden z ośmiu pozostałych przy życiu. Wybraniec Śmierci.

Od wieków mówi się tak na żołnierzy takich jak ja. Zbyt długo w bitwie by żyć, jednak wciąż żywi. Czterokrotnie zestrzelony, bez większych ran, gdy koledzy ginęli dziesiątkami. Nie napędza mnie gniew, nie napędza mnie strach. Jestem po prostu mityczną kosą w ręku kostuchy, narzędziem w ręku przedwieczności.

Początkowo na lewym skrzydle swoich maszyn malowałem wąskie, białe pasy – jeden za każde zestrzelenie. Gdy przekroczyłem pięćdziesiąt, mój kapitan patrzył krzywo na mój myśliwiec, bo przestał spełniać warunki maskowania panujące w Marynarce Imperialnej. Malowałem więc czerwony pasek za każde dziesięć białych. Gdy miałem już siedem czerwonych pasków, przeniesiono mnie na Defendery. Tam uzyskałem jeszcze dwadzieścia sześć kolejnych zestrzeleń. Dziewięćdziesiąt sześć wrogich maszyn. Dziewięćdziesiąt sześć żyć na ołtarzu śmierci. Być może więcej, nie liczyłem myśliwców dwumiejscowych.

Teraz lecę samotnie do bitwy, gdzieś w resztkach wielkiego niegdyś Imperium. Mojej ojczyzny, mojego zbawcy od bycia żywym trupem, skazanym na agonię codzienności.

Samotność to sposób walki na myśliwcach TIE-Phantom. Latamy osobno, nawet jeśli w jednej bitwie jest więcej niż jedna taka maszyna. Ruszamy zawsze jako samotni wojownicy. Sami wybieramy sobie cele. Bez eskorty, skrzydłowych czy klucza. Szczególnie chętnie niszczymy maszyny dowódców, myśliwce specjalistyczne oraz promy i transportowce ze ładunkami specjalnej wagi. Jesteśmy jednostką do zadań specjalnych.

Atakujemy samotnie także z innego powodu. Ci którzy nas znają myślą że Szum, Echo, Szelest czy Szept to pseudonimy nadane nam z uwagi na to że jesteśmy cichą śmiercią, przychodzącą znienacka i znikającą w ułamku sekundy. Prawda jest zgoła inna.

Jedną z wad konstrukcyjnych mojego myśliwca jest umieszczenie nadajnika łączności tuż obok generatora systemu maskowania, arcydzieła imperialnej inżynierii. Jest to bardzo bezpieczne miejsce, jednakże silne pole wzbudzonych kryształów Stygium powoduje zakłócenia zarówno nadawania jak i odbioru sygnałów. Tym samym niemal nie słychać nas w interkomie, zaś nawet jeśli ktoś nas usłyszy, dźwięki są mocno stłumione. Jak echo, szept lub szum na wietrze. Ma to swoje zalety – w wypadku rozkodowania łączności rebelianci nie są w stanie nas namierzyć na podstawie źródła sygnału. Wiemy jednak, że w razie kłopotów, wsparcie raczej nie przybędzie.

Około pięćdziesięciu sekund do celu, prędkość bojowa. Zdejmuję lewą rękę ze steru i włączam systemy bojowe. Pierwszy jest system maskowania. Typ trzeci. Naciskam przycisk na błękitno podświetlonej tablicy. Od generatora wychodzi błyszcząca wstęga, przesuwając się w stronę wylotu działek. Za wstęgą, opasającą cały myśliwiec maszyna staje się niewidzialna dla gołego oka i większości systemów. Całość maskowania trwa około sekundy. Sprawdzam systemy bojowe – wszystkie pięć działek sprawne, z kompletem amunicji. Gaz o dobrym sprężeniu, równym we wszystkich działkach. Przełączam kabinę na tryb żyroskopowy. Poprawne przełączenie sygnalizuje zielona kontrolka. Teraz kabina pozostanie w jednym położeniu, bez względu na ruchy myśliwca. To rozwiązanie, żywcem skopiowane ze starych transportowców serii YT, pozwalało na bardzo sprawne manewrowanie i ograniczenie wpływu przeciążeń na pilota. Osłony aktywne na stałe, oba generatory sprawne. Hipernapęd sprawny, nieaktywny. Silniki manewrowe i napędowe – w porządku.

Whisper_TIE_Phantom-XWMGDwadzieścia sekund. Sprawdzam położenie w fotelu. Jako jeden z nielicznych w eskadrze używam uprzęży bezpieczeństwa. Ogranicza ona ruchy w kabinie, ale pozwala zachować stabilność przy ostrym pikowaniu (kabina posiada własny system symulujący grawitację). Uprząż leży poprawnie. Na wysokości nerek mam zawieszony spadochron, który sprawia, że fotel jest chociaż odrobinę mniej niewygodny. W przestrzeni kosmicznej jest bezużyteczny, nie spodziewam się walki w atmosferze, ale regulamin to regulamin. Lekko odbijam w prawo, mijając asteroidę. Stopy są stabilne na pedałach regulujących moc poszczególnych sekcji silników. Ster działa poprawnie. Pod kciukiem prawej ręki czerwony przycisk działek, podnoszę jego osłonę, która odskakuje z kliknięciem do pionu i jestem gotowy do strzału. Pod kciukiem lewej ręki mam niebieski przycisk odpowiedzialny za system maskowania. W tej chwili jest włączony. W trybie bojowym sterowanie systemem odbywa się przy pomocy tego guzika. Jest to znacznie wygodniejsze niż sterowanie z konsoli na boku, jednak tam znajdują się również wskaźniki pokazujące parametry tego skomplikowanego urządzenia, które w żaden sposób nie zmieściłyby się na sterze ani nawet standardowym przednim pulpicie. Ogółem ster nie różni się od tego z TIE Interceptorów, poza tym guzikiem właśnie. Problemem jest fakt, że nie możemy używać jednocześnie maskowania i działek – żadne obwody tego nie wytrzymają. Sam system maskowania też nie wytrzyma takich przeciążeń. Nie wiedzieli o tym konstruktorzy systemu maskowania typu pierwszego, co kosztowało ich bezcenny prototyp, zaś marynarkę zdolnego pilota.

Dziesięć sekund. Widzę już zarys bitwy, w tym bardzo wyraźne smugi laserowe i sylwetki splecionych w walce kołowej myśliwców. Unoszę maszynę ponad pułap, na którym toczy się bitwa i przyspieszam. Pięć sekund do strefy walki.
Wybraniec Śmierci.

Z góry dostrzegłem swoją pierwszą ofiarę. To X-wing, który właśnie wygrał pojedynek z jednym z naszych TIE-Fighterów i zawracał, żeby dopaść jego skrzydłowego. Minąłem go górą, zawróciłem maszynę i ustawiłem się dokładnie za nim. Odległość była nie większa niż sto pięćdziesiąt metrów. Prędkość obu maszyn prawie równa. Wyrównałem pułap. Włączyłem analogowy celownik, który wysunął się ze ścianki kabiny i zatrzymał się przed moim lewym okiem. Pomimo swojej doskonałości, maszyna nie posiadała standardowych komputerów celowniczych. W końcu zasiadali w nich najlepsi, którzy nie potrzebowali takich ciężkich i awaryjnych bajerów aby być skutecznymi. Tak mówił mój instruktor. Ja myślę, że i tak przeciążone obwody nie wytrzymałyby kolejnego urządzenia.

Siatka celownika oplotła kadłub rebelianckiej maszyny. Znalazła się dokładnie jak mucha z Dagobah w środku sieci pająka. Najbardziej jadowitego pająka w galaktyce. Delikatny skurcz kciuka lewej ręki, jestem widoczny. Srebrna smuga obmyła maszynę, odsłaniając szare, trójskrzydłe widmo śmierci. Sekundę później prawy kciuk. Pięć wiązek laserowych wystrzeliło w stronę X-winga. Rozpadł się na miliony kawałków, zmieniając się na ułamek sekundy w kulę ognia. Wybraniec Śmierci złożył swojej Pani dziewięćdziesiątą siódmą ofiarę.
Włączam maskowanie, znów jestem bezpieczny.

Po maskowaniu wykonuję delikatną beczkę w prawo. Nauczyło mnie tego doświadczenie. Gdyby któryś z wrogich pilotów zauważył mnie w czasie ataku, na pewno strzelałby w ciemno w miejsce gdzie widział mnie po raz ostatni. W moim interesie było, żebym znajdował się wówczas gdzie indziej. Mocny ruch sterów. Beczka tym myśliwcem to niezwykle przyjemna rzecz. Żyroskopowa kabina pozostaje na miejscu, zaś trzy trójkątne skrzydła, niczym wirujące ostrza sprawiają, że maszyna przesuwa się na bok. Uczucie jak na diabelskim młynie. Zakończyłem beczkę trochę głębiej, wykonując półtora obrotu, tym samym znalazłem się poniżej pułapu, z którego atakowałem. Instynkt mnie nie zmylił. Po lewej stronie zauważyłem cztery czerwone smugi laserowe, które niechybnie trafiłyby mnie, gdybym nie zrobił w porę uniku. Teraz, ponownie zamaskowany mogę wypatrywać kolejnej ofiary.

Myśliwiec, który do mnie strzelił, odbił w lewo, wiążąc się w walce z Interceptorem. Nie dał mu rady. Nasz chłopak był naprawdę dobry. Przesunąłem się bliżej środka, obserwując bitwę. Ponownie odbiłem w górę, tak aby znaleźć się jak najwyżej. X-wingi ostro walczyły z naszymi myśliwcami. Poczciwe, stare TIE ledwo dawały im radę. Trochę lepiej radziły sobie Interceptory. Szkoda, że nie ma tu Defenderów, dałyby dobrą szkołę życia rebelianckim szumowinom. Spojrzałem w dół. W moją stronę, na pełnej prędkości i w położeniu bojowym zmierzał X-wing. Znajdował się jednak znacznie niżej. Zauważyłem go zbyt późno by zaatakować go z wysokiego pułapu. Tak mógłby pomyśleć każdy, nawet dobrze wyszkolony pilot. Jednak dla mnie nie było nic niemożliwego. Jestem Wybrańcem Śmierci.

Gwałtownie przyspieszyłem, pociągnąłem ster do siebie, wyrywając maszynę do góry i wykonałem beczkę, obracając myśliwiec o ponad trzysta stopni. Znajdowałem się teraz pionowo, tuż przed X-wingiem. Czas na wyjście z ukrycia. Niebieski przycisk, pełna moc. Leciałem teraz z ogromną prędkością w kierunku, który przy grawitacji byłby nazywany dołem. Przeciążenie wbiło mnie w fotel. Jak dobrze mieć uprząż. Wprowadziłem myśliwiec w ruch wirowy. Trzy skrzydła obracały się wokół nieruchomej kabiny jak płaty silnika odrzutowego. Czas na kanonadę. Przełączyłem działka na krótkie serie i wcisnąłem czerwony guzik. Prawa ręka samej Śmierci. Strzelanie krótkimi seriami podczas wirowania sprawiło, że mój Phantom wyglądał jak laserowy świder, plujący ogniem i śmiercią. X-wing, trafiony w górę kadłuba przestał istnieć. Jego nos poleciał bezwładnie w przestrzeń. Poza nim nie został kawałek większy od dłoni. Zdjąłem palec ze spustu. Wciąż wirując wykonałem lekki unik w lewo, aby ominąć chmurę odłamków, która pozostała po X-wingu. Ustabilizowałem pułap, będąc poniżej wysokości bitwy i odbiłem na lewą flankę, w pobliże niewielkiego pasa asteroid.
sw4script768Skrzydła to miejsca gdzie często polują samotni piloci. Na skrzydła właśnie wycofują się uszkodzone maszyny (zawracanie na polu bitwy i pokazanie przeciwnikowi wrażliwych wylotów silników to czysta głupota), rzadko na skrzydła właśnie nadchodzi wsparcie. Tym samym często można tam spotkać mniej doświadczonych pilotów, polujących na łatwe okazje do trafień.

Wtedy w kabinie rozległ się krótki brzęczyk, oznaczający wrogi obiekt w pobliżu. Był on skalibrowany tak, by nie wyłapywać obiektów większych niż dwa metry, oraz poruszających się bezwładnie. Więc jest to rakieta lub torpeda, wystrzelona ewidentnie w moją stronę. Brzęczyk zmienił się w regularny, pulsujący sygnał alarmowy. Włączam system maskowania i próbuję podnieść pułap, tak by wlecieć w pole większych asteroid, gdzie łatwiej zgubię intruza.
Jestem Wybrańcem Śmierci.

Wtem ogłusza mnie huk. Wszystkie kontrolki rozbłyskają feerią barw i nagle gasną. Włącza się tryb awaryjny, lampka nad moją głową podświetla kabinę na czerwono. Główny komputer działa, tylko on pokazuje jakiekolwiek wskazania. Cholerna torpeda rozpryskowa. Musiała mieć zapalnik zbliżeniowy, nie trafiła mnie bezpośrednio, a eksplodowała w pobliżu kadłuba. I tak zrobiła swoje. Ten pieprzony anarchista w X-wingu musiał być diabelnie dobrym pilotem. Zapaliła się zielona lampka, sygnalizująca wyłączenie grawitacji i włączenie systemów podtrzymywania życia. Komputer pokazywał tryb autonaprawy. Sprawność bojową ocenił na 15%. Być może udałoby mi się ruszyć z miejsca. Nie działał jednak hipernapęd, nie działało uzbrojenie. Nie miałem najmniejszych szans w konfrontacji z jakimkolwiek myśliwcem. Nie miałem szans na ucieczkę. Nade mną przeleciał X-wing, zwycięzca tego pojedynku. Miał bardzo nietypowe malowanie – czarny mat z pomarańczową szachownicą na nosie. Wyglądał jak wyścigówka, zaś jego pomarańcz zapewne był zupełnie nieregulaminowy. Najemnik wśród rebeliantów? Ale skąd najemnicy mieli X-wingi?

Phantom obracał się bezwładnie. Robił to bardzo powoli, ustawiając się nosem do pola bitwy. Obrót następował w obu osiach, przez co uprząż ponownie się przydała. Obserwowałem wskaźniki. Parametry poprawiały się, jednak bardzo powoli. System maskowania wyświetlał „bez odpowiedzi”. Generator tarcz zdemolowany. Wielką wadą naszych generatorów jest ich częstotliwość – nie wyłapują mniejszych cząsteczek i ładunków – w tym odłamków, dobrze radząc sobie z większymi. W tej kategorii jeszcze daleko nam do rebelianckich generatorów.
Hipernapęd odpowiada, jednak nie pozwalał na aktywację. Próba broni. Główne działa z niskim, rosnącym poziomem sprężenia. Z kadłubowych, lewe całkowicie rozprężone. Torpeda wybuchła więc pod brzuchem maszyny. Odłączam oba kadłubowe działa. Stopień sprężenia pozostałych wzrósł.

Nadajnik krótkiego zasięgu nie działa. Nadajnik awaryjny działa, nie użyję go jednak – nadaje na niekodowanej częstotliwości, wszyscy odebraliby mój sygnał. Nadajnik dalekiego zasięgu niewątpliwie działa. Gdyby było inaczej już bym nie żył. TIE – Phantom ma zamontowane kilkadziesiąt małych ładunków wybuchowych, rozmieszczonych w newralgicznych miejscach. Razem tworzą one system autodestrukcji, aktywują się przy pomocy zapalników chemicznych, dzięki czemu są ogniotrwałe i nie eksplodują, nawet przy bezpośrednim trafieniu. Gdyby było inaczej, kadłub mojej maszyny pewnie stałby się bezkształtną, poskręcaną masą. System autodestrukcji można było aktywować na dwa sposoby – pilot mógł dokonać tego przy pomocy niewielkiego nadajnika lub można było to zrobić zdalnie. Niektórzy mówili, że system autodestrukcji włącza się także gdy przestaje działać nadajnik dalekiego zasięgu. Wierzyłem w to, chociaż nie potwierdził tego żaden z oficerów których o to pytałem. Żadna maszyna typu Phantom nie mogła wpaść w ręce Rebelii. Gdyby stało się inaczej, wojna byłaby przegrana, tym bardziej, że wszystkie źródła kryształów Stygium, stanowiących podstawę systemu maskowania są obecnie w rękach wroga, zaś skopiowanie akceleratora zajęłoby ich badaczom pewnie kilka tygodni. Życie jednego pilota było przy tym niczym. Spojrzałem na detonator, znajdujący się w malutkiej kasetce zamontowanej na stałe pod prawym podłokietnikiem. Czasem miałem uczucie, że drugi, taki sam detonator znajduje się w rękach jakiegoś oficera politycznego. Wystarczyło jedno kliknięcie, a pilot i jego maszyna przestałyby istnieć. Przez to w naszej jednostce zawsze była żelazna dyscyplina.

W oddali zauważyłem nadlatujący myśliwiec. Wyglądał jak X-wing w pozycji marszowej. Gdy był około pięćset metrów ode mnie rozpoznałem sylwetkę Z-95. Zapewne pilot czarnego X-winga zgłosił prawdopodobne zestrzelenie, a tyłowy „Łowca Głów” został wysłany by potwierdzić zniszczenie wrogiej maszyny. Dolna część panoramicznej owiewki mojej maszyny była poorana odłamkami. Wyglądała na popękaną, chociaż nic takiego nie miało miejsca, nastąpiłaby wówczas dekompresja, a ja bym nie żył. Kabina była cała skąpana w czerwonej poświacie. Cholera! Czerwona lampka. Nie da się zdalnie wyłączyć tego cholerstwa. Za kilka sekund Z-95 podleci na tyle blisko, by zobaczyć, że w środku świeci światło, a pilot siedzi na swoim miejscu.

Było tylko jedno wyjście. Odpiąłem uprząż, podniosłem się z fotela i z całej siły uderzyłem pięścią w lampkę. Osłona pękła. Uderzyłem drugi raz. Kawałki cienkiego plastiku ustąpiły i żarnik został zmiażdżony. Kawałki klosza rozcięły moją rękawicę i skórę na dłoni. Kombinezon nie jest już szczelny. Musiały przeciąć naczynia, bo krwi było naprawdę dużo. Jej krople unosiły się w kabinie. Czułem także jej lepkie ciepło we wnętrzu rękawicy. W kabinie zapanowała ciemność. Migotanie diod było zbyt słabe, by być widoczne z daleka. Z-95 podleciał na niewielką odległość. Był zaopatrzony w szperacz. Błysnął nim do wnętrza kabiny. Siedziałem nieruchomo w fotelu, udając martwego. Raczej nie posiadał skanera żywych form na pokładzie. Najprawdopodobniej zanotował moją pozycję, by wysłać ekipę po nietypowy wrak i zaczął zwrot przez lewe skrzydło by wrócić do ognia bitwy lub do bazy. Ile czasu mogło minąć? Pół godziny? Być może było już po bitwie. Kto wygrał? Widok wrogiego myśliwca nie wróżył nic dobrego.

Z-95 obrócił się do mnie tyłem. Zerknąłem na komputer pokładowy. Pokazywał 33% mocy.
Jestem VF-209S, Wybraniec Śmierci.

Przerzuciłem całe zasilanie na broń główną. Ręką ściągnąłem analogowy celownik na wysięgniku. Wrogi myśliwiec dało się złapać w siatkę. Phantom wciąż bezwładnie się obracał. Robił to bardzo powoli. Z-95 znajdzie się w środku celownika za około 6..5… Jak to się dłuży… 4…3..2… będę miał tylko jedną szansę …1… teraz!

Wcisnąłem spust. Trzy działka plunęły ogniem. Myśliwiec dostał w tył, pomiędzy silniki. Przez ułamek sekundy wyglądał jakby pęczniał, później eksplodował, rozpadając się na miliony kawałków.
Dziewięćdziesiąt dziewięć ofiar na ołtarzu Śmierci.

Po strzale do środka kokpitu posypały się iskry, opalając mi kombinezon. Błysk światła oślepił mnie na chwilę. Otworzyłem oczy by zobaczyć jak po kolei gasły kolejne wskaźniki – uzbrojenie, silniki sterujące, zasilanie napędu głównego, hipernapęd, komputer pokładowy, system podtrzymywania życia, nadajnik dalekiego zasięgu.
Jestem VF-209S, Wybraniec Śmierci.

KONIEC

Komentarze

comments

Jedna myśl nt. „Szorty Remiego cz.1 – VF-209S

Dodaj komentarz