Cena człowieczeństwa.

– Tak było.
Tymi słowami Dexan Fahley skończył opowiadać o wydarzeniach w rejonie Zeltros, które miały miejsce raptem kilkanaście godzin temu. Durosjańska oficer floty, która dotychczas skrupulatnie spisywała przy pomocy holonotatnika protokół rozmowy podniosła na niego swoje duże, czerwone oczy. Była ubrana w mundur prywatnej floty handlowej Torrela H’Darra, ściśle przylegający do jej ciała. Dexan ocenił że nie jest najmłodsza, ale zapewne dobrze znała się na swojej pracy, w końcu jej rasa słynęła z budowy i modyfikacji wszelakich jednostek. Nie był w stanie odczytać niczego z wyrazu jej pozbawionych białek oczu, jednak domyślał się, że nie była zadowolona z utraty transportowców…
Ściany biura w którym przebywali miały kolor brudnopomarańczowy, widać że od wielu lat nie było odświeżane. W pomieszczeniu było duszno, wentylacja działała bardzo słabo, powietrze nosiło lekki zapach stęchlizny. W elementach wyposażenia nie było niczego zbędnego, było to jednak typowe biuro przewoźnika, podobne do każdego innego, znajdującego się w dowolnym miejscu wszechświata. Jak w czasie dwudziestu trzech lat pracy zauważył Dexan, im dalej od jądra galaktyki, tym uboższe było wyposażenie i tym brudniejsze były ściany.
Miał już czterdzieści pięć lat. Pracował w wielu flotach transportowych, głównie prywatnych. Obecnie latał dla floty H’Darra – zeltrosjańskiego wytrychu do pomocy Rebelii. Jednakże sam rebeliantem nigdy nie był, nie spotkał też swojego pracodawcy – mało tego, sądził że takowy prawdopodobnie nie istnieje, bądź jest to przybrane nazwisko. Dexana nie interesowała wielka wojna i wielka polityka która toczyła się wokół niego. Jak miliardy innych istot, chciał tylko pracować, aby zarobić na życie. Na utrzymanie żony i córki. Wykonywał krótkie, ale niebezpieczne loty, dzięki czemu zarabiał godziwe pieniądze w dość krótkim czasie. Ryzyko było wpisane w życie pilota. Lojalność kosztowała ekstra.
Ćwierć wieku temu służył w armii. Tam właśnie nauczył się latać. Nigdy nie był wybitnym pilotem. Zawsze był jednak pilotem solidnym, radził sobie w trudnych warunkach i nie panikował, nawet gdy sytuacja stawała się niebezpieczna. W tym czasie wielcy bohaterowie ginęli dziesiątkami. Swoją służbę przypłacił zdrowiem – w czasie ćwiczeń w symulowanych warunkach bojowych jeden z obwodów hydraulicznych jego myśliwca pękł z powodu przeciążeń a kabinę zaczął opryskiwać gorący płyn hydrauliczny. Dexan nie stracił opanowania i prowizorycznie usunął uszkodzenie w czasie lotu, co pozwoliło mu na dotarcie do bazy. Miał jednak poparzoną lewą stronę twarzy, stracił lewe oko i ucho. Dużą część skóry udało się odtworzyć, ale z zasady odrzucał możliwość wszczepienia jakiejkolwiek protezy – rany poniesione w czasie służby wojskowej uważał za chlubę dla mężczyzny…
Zerknął na protokół podsunięty mu przez durosjankę. Zawierał on szczegółowy opis „incydentu” jak określono formalnie to co przydarzyło mu się w przestrzeni. Coś, o czym będzie pamiętał do końca życia. Incydent.
Podpisał protokół. Na jego konto wpłynęła niewielka suma kredytów. Był ubezpieczony od sytuacji, w których z przyczyn niezależnych nie wykonał kontraktu. Otrzymał jednak tylko dwadzieścia procent wynagrodzenia. Udało mu się przeżyć. To było dla niego warte znacznie więcej niż każde pieniądze. Wiedział też, że będzie mógł liczyć na dodatkową, niejawną premię za milczenie w sprawie ładunku.
Wyszedł z biura przewoźnika, niewielkiego budynku w dużym kompleksie portu lotniczego i poszedł w kierunku punktu tranzytowego z którego odleci na kilkanaście dni do rodziny. Kilkaset metrów od niego znajdowały się stanowiska postojowe grupy w której lata. Puste place. Obsługa kręciła się tylko przy jego transportowcu. Prosty, koreliański YT był mocno poobijany i z uwagi na wiek, prawdopodobnie będzie złomowany. Technicy zapewne oceniali skalę zniszczeń i sporządzali dokumentację techniczną, w pobliżu nie było ani mechaników, ani droidów naprawczych. Do końca dwudziestopięciogodzinnej doby pozostało jeszcze siedem godzin, niebo skrzyło się barwami złota i pomarańczy. Dexan zamknął oczy. Promienie delikatnie ogrzewały mu twarz. Przypomniał sobie kolejny raz te kilka minut, które na zawsze zachowa w pamięci. Które musi zachować…
Wektor drugi, prędkość przelotowa, stała. Kwadrans do strefy skoku. Formacja „trójząb”, wariant niebojowy.
Transportowiec Dexana o oznaczeniu kodowym TH-0010 leciał w dolnej dwójce, w parze z TH-0009. W niższej linii znajdowały się jeszcze trzy maszyny. Razem wyglądały jak wielki, starożytny trójząb. Konwój leciał bez eskorty, zachowując pozory neutralności. Do samoobrony każdy transportowiec posiadał dwa stanowiska ogniowe, na które składała się półautomatyczna wieżyczka, możliwa do pełnego sterowania z kokpitu i kopuła strzelecka, która do obsługi podwójnego, sprzężonego działka wymagała strzelca.
W załodze Dexana, typowej, trójosobowej załodze handlowego transportowca był jeszcze mechanik pokładowy, a w razie potrzeby strzelec Rexler Hibban oraz nawigator i w razie potrzeby drugi pilot, givin Yag Del’Ren. Obaj, tak jak on byli pracownikami floty H’Darra. W myśl zasad stosowanych w firmie, załogi podlegały rotacji co kilkanaście miesięcy, tak by nie ryzykować porwań transportowców przez zżytych ze sobą przyszłych piratów, ani domagania się stałych podwyżek przez „elitarne” załogi. Z tą załogą latał od ośmiu miesięcy, prawdopodobnie był to ich ostatni kurs, bądź jeden z ostatnich. Wszyscy członkowie wyprawy byli doświadczeni w swojej dziedzinie. Rexler pracował na transportowcach od dziewięciu lat, Yag od czterech, jednak jego niesamowite zdolności, szczególnie w dziedzinie obliczeń, sprawiały że jego doświadczenie spokojnie można by pomnożyć razy pięć.
Ładunkiem były pojemniki ze sprężonym gazem tibanna. Trzydzieści sześć białych, walcowatych kolumn, każda dwumetrowej wysokości i przeszło metrowej szerokości. Stanowiły zapas amunicyjny dla dużego statku, być może korwety. Oficjalnie był to gaz na potrzeby górnictwa. Zapełniały całą główną ładownię, stanowiąc bardzo niebezpieczny ładunek – eksplozja nawet jednego pojemnika to pewna śmierć dla całej załogi.
Lot z pozoru wyglądał dość rutynowo.
Ale rutynowy na pewno nie był.
Na czternaście minut przed strefą skoku sensory transportera wykryły ruch na prawo, powyżej klucza. Obiekt poruszał się zbyt szybko jak na bezwładny. Odczyty nie pokazywały jednak żadnych wartości znanych maszyn.
Drugi obiekt pojawił się w analogicznym miejscu, po lewej stronie klucza.
Inne załogi też je zauważyły. Maszyny były większe niż standardowe myśliwce, jednak mniejsze niż transportowce. Przypominały wielkością policyjne korwety, jednak były znacznie szybsze. Ich systemy maskowania uniemożliwiały jakąkolwiek bliższą identyfikację.
Stanowiska bojowe, systemy na tryb bojowy- Dexan potraktował nieznajomych nieufnie, ale i dość rutynowo wydając rozkazy. Załoga zajęła swoje miejsca – Yag na fotelu nawigatora, obsługując automatyczną wieżyczkę, Rexler w kopule strzeleckiej.
Systemy statku pokazały że w pobliżu znajdują się dwa niezidentyfikowane obiekty. Oznaczono je kolorem pomarańczowym. Odczyt „neutral”, pozycja nieznana. Wtedy stało się to, co określono „incydentem”.
Incydent.
Obiekty niespodziewanie pojawiły się przed formacją transportowców, ustawione przodem do klucza, nieco powyżej wszystkich. Zbliżały się z wielką prędkością, jednak ich systemy maskujące fałszowały wszelkie odczyty. W jednym momencie, jak idealnie zsynchronizowane oddały pierwszą salwę do prowadzącej trójki. Dwa transportowce lecące z przodu na skrzydłach, eksplodowały, niewątpliwie trafione w ładownie. Błysk był oślepiający, one także przewoziły gaz. Siła eksplozji przypominała strzał z turbolasera.
Odczyt zmienił się na czerwony, niezidentyfikowany obiekt zyskał status „agresor”.
Maszyny przeleciały nad formacją. Strzelcy z pozostałych trzech transporterów strzelali do nich „na oko”. Zupełnie bezskutecznie.
W kosmosie zawsze panuje cisza. W ciszy słychać tylko jeden dźwięk. Cichy szept, nadchodzącej śmierci.
Tym razem nadleciała z tyłu. Odczyty urządzeń znów były pomarańczowe. Tak, jakby były to dwa zupełnie nowe obiekty. Śmierć jednak nadlatywała w znanej już, chociaż tajemniczej formie. Urządzenia celownicze były przeciw niej zupełnie bezużyteczne. Półautomatyczne działko trzeba było naprowadzać ręcznie. Oba obiekty unikały smug laserowych niemal machinalnie, jakby doskonale znały trajektorię ich lotu, nawet zanim jeszcze opuściły lufy. Jakby były do tego zaprogramowane…
Tym razem zaatakowały tył klucza, także atakując z góry. Lecący na skrzydle Dexana TH-0009, dostał w górną płytę. Nie eksplodował. Na wspólnym kanale jego kapitan, pilot Jane Yux nadała komunikat o postępującej dehermetyzacji.
Wrogie maszyny minęły swoje ofiary na pełnej prędkości.
„Giniemy” – jej ostatnie słowo na kanale wspólnym będzie prześladowało Dexana do końca życia. Nie było w nim smutku, ani rozpaczy. Tylko zwykła, ludzka beznadziejność. Beznadziejność trzydziestosześcioletniej kobiety ginącej w przestrzeni kosmicznej. Chwilę później jej transportowiec stał się durastalową trumną dla trzyosobowej załogi. Wróg strzelił do niego dla pewności, wówczas maszyna eksplodowała, znajdowała się jednak już daleko poza kluczem lecącym na pełnej prędkości. Pozostały w nim już tylko dwie maszyny, obliczające parametry do skoku.
Rexler Hibban zginął w kopule strzeleckiej, która została trafiona z ciężkiego lasera. Nie doszło jednak do dekompresji, gdyż Rex zwykł walczyć w kombinezonie do napraw kosmicznych, zaś przedział bojowy był ręcznie dehermetyzowany- dzięki temu w przypadku uszkodzenia kopuły nie dochodziło do gwałtownej dekompresji, no i bez tlenu nie mogło być mowy o pożarze. TH-0010 stracił generator tarcz, jedyny kombinezon do przebywania w przestrzeni i jedną trzecią załogi.
-Yag, jesteśmy bezbronni – Dexan nie pozostawiał złudzeń swojemu towarzyszowi ostatnich chwil.
-Niekoniecznie. Strzelaj do pojemników!
Zanim zdążył powiedzieć słowo jego towarzysz biegł już do ładowni. Znajdując się w pomieszczeniu zamknął grodzie, rozhermetyzował ładownię i zaczął otwierać tylną rampę załadunkową. Dexan przestawił sterowanie wieżyczki na swoje stanowisko. Ten givin był szalony, jednak mógł obyć się bez tlenu w otwartej przestrzeni kosmicznej, nie szkodziło mu też zimno. Był niesamowicie odważny. Szalony, ale także odważny.
-Gotowy? zapytał Yag przez interkom.
-Gotowy – odpowiedział Dex.
Wróg nadleciał po chwili, znów z tyłu. Yag zaparł się plecami o ścianę ładowni, i zapierając się nogami o pojemniki wypychał je kolejno w przestrzeń kosmiczną. Wylatywały bezwładnie, po dziwnych trajektoriach. Dexan starał się celować w nie przy pomocy działka. Udawało się trafić średnio w jeden na cztery wyrzucone. Każdy trafiony zmieniał się jednak w wielką ognistą chmurę pełną odłamków. Przez trzecią z tych chmur przeleciała wroga maszyna. Przez chwilę wyglądała jakby była zrobiona z ognia, po chwili zaś, jakby oplotła ją pajęczyna z wyładowań elektrostatycznych. System maskowania zakończył żywot.
Na monitorze ukazał się twór przypominający pustynnego skarabeusza z karykaturalnie długimi kleszczami. Na chwilę przerwał ogień, by po chwili zacząć strzelać. Pilot nie był widoczny. W kabinie było widać tylko droida nieznanego typu, z dziwną cylindryczną głową. Maszyna znów figurująca w odczytach jako „agresor” wyraźnie unikała strzelania do pojemników z gazem, i tylko to sprawiało przerwanie ognia. Szept stawał się coraz wyraźniejszy…
W tym czasie transporter lecący przed TH-0010 przestał istnieć, po trafieniu w ładownię przez ścigającego go drugiego „agresora”.
Dexan zerknął w kamerę z ładowni. Pozostał w niej już tylko Yag. Nie mieli już ani jednego pojemnika.
-To już po nas Dex? zapytał retorycznie.
-Wygląda na to że tak. Tylko pieprzony cud mógłby nas uratować.
Pieprzony cud pojawił się w ciągu kilku sekund, w postaci 132. Imperialnego pułku myśliwskiego. Kilkanaście maszyn typu Interceptor wypadło nie wiadomo skąd strzelając do nieznanego wroga. Wrogie maszyny wycofały się, niemal znikając w przestrzeni.
– Tu KT-09071, dowódca eskadry do TH-0010, identyfikuję was jako figurującą w imperialnym rejestrze jednostkę handlową. Zawracajcie na Zeltros, oni mogą wrócić. Dajemy wam eskortę aż do granicy atmosfery, przesyłamy protokół waszemu mocodawcy.
– „Potwierdzam”. Dexan nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Słyszałeś Yag?.
Spojrzał w monitor. Twarz Yaga wydawała się jeszcze bardziej trupia, niż zwykła twarz givina.
– Mam tu problem. Przestawił ręką kamerę na rampę. Jeden z jej siłowników był przestrzelony w połowie. Nie było szans na zamknięcie rampy. Yag mógł przeżyć w temperaturze minus dwustu stopni i bez tlenu, nie miał jednak szans, gdy przy wejściu w atmosferę maszyna rozgrzeje się do dwóch tysięcy stopni. Drugim wyjściem było rozhermetyzowanie całego statku, czego jednak nie mógł przeżyć Dexan. Systemy podtrzymywania życia były uszkodzone, jak większość systemów transportowca. Kombinezon który mógł rozwiązać sprawę przepadł wraz z Rexlerem. Tlenu pozostało tyle, ile w pomieszczeniach. Powinno wystarczyć na pięć-sześć godzin lotu. Dex potrzebował góra pięćdziesięciu minut. Musiał dokonać wyboru. Wybrał.
Czy ceną było człowieczeństwo?

Komentarze

comments

Dodaj komentarz